15 sierpnia, niemal punktualnie o godzinie 14:30, jak to jest w zwyczaju – spod własnej siedziby ZPiT AGH „Krakus” z aż trzema sutiami: rzeszowską, krakowską i śląską – wyruszył podbijać mieszczący się w Szwajcarii Fryburg.
Miejscowość, co ciekawe, dwujęzyczną, gdzie niemiecki i francuski żyją obok siebie tak naturalnie, jak dwa głosy w duecie, miasto pełne malowniczych zaułków, pięknych budowli i stromych uliczek, które nieustannie ćwiczą kondycję przechodniów. Tym razem jednak to nie kamienne mury i gotycka katedra były w głównych rolach. Przez jeden sierpniowy tydzień Fryburg żył jubileuszową, pięćdziesiątą edycją festiwalu folklorystycznego RFI. Miejsce, które zwykle bije rytmem uniwersyteckim i studenckim, nagle przyspieszyło do taktu skrzypiec, dud i bębnów. Na ulicach mieszały się języki z całego świata, a tancerze w barwnych strojach wyglądali, jakby wyjęto ich prosto z żywego atlasu kultury.
Dla Krakusa wyjazd, z uwagi na destynację, został okrzyknięty mianem “prestiżowego”, nikt jednak ostatecznie nie przewidział, jak wiele niespodzianek czekało nas na miejscu. Grafik mieliśmy napięty od samego początku i choć nie wszystko chodziło jak w szwajcarskim zegarku, to – pozostając przy miejscowych rarytasach – sera zawsze było pod dostatkiem.
A może by tak rowerem?
Warto wspomnieć, że parę dni przed oficjalnym wyjazdem zespołu dwóch Krakusów wyruszyło w samozwańczą rowerową wyprawę do Fryburga, aby towarzyszyć nam w festiwalowych przygodach. Pomysł zachwycił organizatorów do tego stopnia, że zaprosili jednego z chłopaków na scenę podczas finałowego koncertu, aby przybliżył genezę i przebieg podróży.
Summa summarum, przybycie dodatkowych rąk i nóg do pracy okazało się dla nas niezwykle korzystne. Już dzień po przyjeździe Mateusz został zobligowany (chęci też były!) do wskoczenia w strój i zastąpienia kontuzjowanego kolegi. Obowiązki nie ominęły także Staszka, który podczas ostatnich występów również pojawił się na scenie.

Konzerte und vieles mehr / Concerts et bien plus encore / Koncerty i o wiele więcej
Już drugi dzień festiwalu zaskoczył nas swoją intensywnością. Zaczęliśmy od odrobiny rywalizacji w grupach, biorąc udział w kreatywnych konkurencjach w ramach „Games Day”. W międzyczasie artyści odpoczywali nad jeziorem, by wieczorem zaprezentować się na ceremonii otwarcia organizowanej, jak większość najważniejszych wydarzeń, na scenie w ogromnej miejskiej hali sportowej.
Między występami organizatorzy zapoznali nas z ciekawą koncepcją, zakładającą wspólne dla wszystkich zespołów malowanie ogromnego obrazu, umieszczonego zaraz przy scenie i skrupulatnie uzupełnianego podczas kolejnych występów. Dzień zakończyliśmy wieczorkiem polskim, gdzie razem z innymi grupami bawiliśmy się w rytm przygotowanej przez nas muzyki, częstując inne zespoły przywiezionymi z Krakowa przysmakami.
Kolejne dni nie odbiegały swą intensywnością od wspomnianego powyżej. Oprócz występów na głównej hali mieliśmy okazję prezentować nasze suity w pobliskich miejscowościach – Marly i Grenette. Po niezwykle udanych występach miejscowe restauracje raczyły nas wystawnymi kolacjami.
Jeden z dni okazał się nadzwyczaj wymagający, gdyż zespół musiał podzielić się na grupy zadaniowe. Niemalże jednocześnie braliśmy udział w debacie w ramach CIOFF Cultural Day oraz w evencie organizowanym dla dzieci, gdzie członkowie baletu przybliżali najmłodszym historię Smoka Wawelskiego. W tym samym czasie chórzyści Krakusa brali udział w nagraniach do radia. Po intensywnej rozłące grupy spotkały się na meczu hokeja, kibicując lokalnej drużynie.
Szwajcarskie Bienvenue / Willkommen – czyli czuj się jak u siebie
Pisząc o wyjeździe do Szwajcarii, warto przywołać rozwinięcie pewnego enigmatycznego zapisu z harmonogramu festiwalu. W planie, pod datą jednego z dni, widniało „zwiedzanie” z dopiskiem „to be defined”, precyzującym (lub raczej z założenia mającym precyzować) miejsce wycieczki.
Ku naszemu zaskoczeniu, autokar zawiózł nas do drewnianego domku położonego na malowniczym wzgórzu, w otoczeniu gór, i pobliżu spowitego mgłą jeziora. Jak się okazało, miejsce należało do rodziny pilotów przydzielonych naszej grupie, którzy specjalnie dla nas przygotowali lunch – przyrządzany na miejscu, rozpływający się w ustach ser raclette wraz z tradycyjnymi dodatkami. Dzięki tej miłej niespodziance kilka wspaniałych godzin minęło nam na rozmowach, śpiewaniu francuskich i polskich szlagierów oraz delektowaniu się lokalnymi specjałami.
Ser Gruyère
Każdy dzień we Fryburgu przynosił nowe, często zaskakujące atrakcje. Tańca, śpiewu i prezentowania zespołu w strojach było co niemiara, jednak ilość dodatkowych zajęć nie ustępowała koncertom o krok. Jednego dnia uczestniczyliśmy w profesjonalnej sesji zdjęciowej, innego tańczyliśmy na Silent disco do muzyki podesłanej Dj-om przez wszystkie zespoły, a jeszcze innego malowaliśmy obraz. Różnorodność aktywności było tak duża, że cytując jednego z Krakusów, można podsumować to słowami „dla każdego coś miłego”.
Ilość wydarzeń sprawiła, że festiwal minął nam w oka mgnieniu. Wiele rzeczy można by wymienić, które we Fryburgu nas zachwyciły. Sam fakt, że pod koniec wyjazdu, aby szczerze uśmiechnąć się do zdjęcia, cały zespół nie mówił „cheese”, lecz „ser Gruyère” – bo nie był to byle jaki ser, lecz ten, którym najczęściej raczyli nas Szwajcarzy – zwiastuje, że cząstka tego miejsca zostanie z nami na bardzo długo.
Dominika Pikuzińska





