Tajskie opowiastki

ZPiT AGH ,,Krakus” co roku bierze udział w licznych festiwalach, jednak w tym roku
wydarzył się festiwal niezwykły. Wymagał on bowiem podróży nie tylko przez tysiące
kilometrów, ale również… przez setki lat! 17 października 2025 r. trzydziestoczteroosobowa
reprezentacja ,,Krakusa” opuściła ukochany Kraków, aby po 26h podróży wylądować w
Bangkoku w… 2568 roku! W czasoprzestrzeni tej pozostaliśmy przez ponad dwa tygodnie,
pokonując ponad 2500 km autokarem, który stał się dla nas garderobą, miejscem odpoczynku
i regeneracji oraz nigdy niekończącej się integracji i wspólnej zabawy.
Tajlandię udało nam się poznać od podszewki – zobaczyliśmy nie tylko turystyczne
miejsca, takie jak Bangkok, Ayutthaya, Zatoka Tajlandzka z jej wschodnim i zachodnim
wybrzeżem czy prowincja Chon Buri, ale również biedniejsze regiony – prowincje Isan,
Phetchaburi, Ratchaburi oraz Saraburi. W ramach Thailand International Folklore Festival
koncertowaliśmy w 10 miastach tego pięknego kraju, prezentując jakże egzotyczną dla Tajów
polską kulturę.
Dzięki tak rozległemu w czasie i miejscu festiwalowi, mieliśmy okazję zebrać cały
wachlarz tajskich doświadczeń, które pozostaną na długo nie tylko w naszej pamięci, ale i
osobowości. Doświadczyliśmy niesamowitej gościnności i otwartości mieszkańców, którzy
przygotowywali dla nas tradycyjne posiłki, pachnące tajską bazylią, imbirem, curry, mleczkiem
kokosowym i świeżymi owocami. Tajowie często przebierali się w swoje stroje narodowe,
uświetniając nasze posiłki pokazami tanecznymi, które były dla nas zupełną nowością – w
Tajlandii tańczy się bowiem głównie dłońmi!
Od Tajów mogliśmy uczyć się czegoś, czego tak bardzo brakuje nam na co dzień –
uważności, czyli skupienia całej swojej uwagi na tu i teraz. Jej tajniki zostały nam przekazane
przez największych mistrzów – mnichów buddyjskich, choć tak naprawdę każde spotkanie z
mieszkańcami Tajlandii było małą lekcją uważności – jedzenie pałeczkami, które zwalnia czas
podczas posiłków, pełen szacunku gest wai, który koncentruje całą uwagę na napotkanej osobie
oraz niezwykła otwartość na innych.
Podróżując przez Tajlandię odwiedziliśmy wioskę zamieszkiwaną przez około 540
słoni! Jednemu z nich – Michaelowi, pomogliśmy umyć się w rzece. Poznaliśmy również
opiekunów słoni, którzy przekazali nam, jak ogromne znaczenie mają one dla tajskiej kultury
– są uważane za święte, symbolizują dobrobyt, szczęście i siłę. Spotkanie z Changiem (taj.
,,słoń”) było dla nas jednym z najmilszych wspomnień przywiezionych z Tajlandii.
Słonie to oczywiście nie jedyne zwierzęta, jakie mogliśmy poznać bliżej podczas naszej
przygody – spacerując po Cha-am spotkaliśmy małpy, w Parku Lumpini mogliśmy przyglądać
się waranom, a jaszczurki i żaby zostały naszymi stałymi kompanami podróży. Od nieco innej
strony poznaliśmy jedwabniki – maleńkie robaczki, będące tajskim przysmakiem. Mogliśmy je
skosztować przy okazji spotkania z mistrzami wytwarzania jedwabiu, którzy unaocznili nam
cały proces powstawania tego pięknego materiału, który stanowi ważny element tajskiej
gospodarki.
Swoich sił spróbowaliśmy w Muay Thai, czyli tajskim boksie. Po obejrzeniu walki
zostaliśmy przeszkoleni z podstawowej techniki. Jako że jednym z elementów tej sztuki walki
jest waikrhu, czyli taniec wykonywany przez bokserów przed samą walką, nasi tancerze
świetnie się w tym odnaleźli!
Do innych niezapomnianych przeżyć z naszego tajskiego tournée należy bez wątpienia
wschód słońca, który oglądaliśmy dryfując beztrosko w Zatoce Tajskiej i zakupy na słynnym

Damneon Saduk, czyli pływającym targu, na którym kusiły nas lokalne wyroby ceramiczne,
tkackie, świeże owoce i urocze pamiątki. Dzięki puszczaniu na wodę krathongów (tratw
ozdobionych kwiatami i liśćmi bananowca), zapewniliśmy sobie odgonienie pecha, zmartwień
i negatywnych myśli. Choć tradycja ta przypomina formą nasze puszczanie wianków po Wiśle,
jej znaczenie jest zupełnie inne – nie ma nic wspólnego z zamążpójściem, a jedynie z
dobrobytem, który może zostać nadszarpnięty, gdy krathong przewróci się na wodzie.
Po zakończeniu festiwalu i pożegnaniu z naszymi przyjaciółmi z Laosu, Filipin i
Indonezji, zostaliśmy zakwaterowani na Khao San – najgłośniejszej ulicy Bangkoku, która
ponoć nigdy nie śpi. Przez kolejne trzy dni za pomocą skuterów i tuk-tuków eksplorowaliśmy
miasto, podziwiając piękne świątynie, ogromne wieżowce oraz liczne kontrasty, które w sobie
skrywa. Mieliśmy okazję być na prawdziwym tajskim masażu i doświadczyć wszystkiego tego,
czego doświadczyć należy, aby poznać Bangkok. Ponieważ mieszkaliśmy na najgłośniejszej
ulicy tego miasta, musieliśmy dołożyć cegiełkę od siebie – zaprosiliśmy turystów i lokalnych
mieszkańców do wspólnej zabawy na ulicy przy muzyce granej przez naszą kapelę.
Zgromadzonych udało się nawet nauczyć kilku naszych ulubionych tańców!
Tak długie festiwale to nie tylko okazja do wymiany kulturowej. To również budowanie
zespołowej wspólnoty, bo trudno znaleźć coś, co jednoczy bardziej niż tak długie wyjazdy.
Wyjazdy obfite w radość, śpiewy bez końca, wspaniałe przygody, ale też zmęczenie, spalone
słońcem przedziałki, jaszczurki ewakuowane z pokojów i bycie na siebie skazanym przez tak
długi czas. To właśnie te wszystkie opowieści, przygody, podpatrzone od innych uczestników
festiwalu tańce, zasłyszane powiedzonka i spędzony razem czas tworzą niepowtarzalny klimat
zespołu – tworzą wspólnotę, tworzą ,,właśnie to, o co chodzi”.
Trudno było nam opuszczać ten piękny kraj. Również Tajlandia płakała, gdy
wylatywaliśmy! Mimo pory deszczowej, dopiero przy podróży na lotnisko deszcz złapał nas po
raz pierwszy, chcąc pewnie zatrzymać nas jeszcze na chwilkę. Do Polski wróciliśmy pełni
wrażeń i wspaniałych wspomnień, choć z lekką tęsknotą za polskim rosołkiem i schabowymi.
A opowieści o naszych tajskich przygodach na pewno długo będą krążyć po Reymonta 15.

autor: Łucja Matyaszek